sobota, 14 lutego 2015

Rozdział III

Nie chcę, żeby to było takie nachalne, no i wgl, ale chyba każdemu bloggerowi zależy na komentarzach ;; Jeszcze wspomnę, że po napisaniu rozdziału, nie zapisał mi się i miałam straaaaaaaaaasznie dużo problemu, żeby napisać podobnie drugi raz :/ Dlatego rozdział mało mi się podoba, ponieważ myśle, że pierwsza wersja była tysiąc razy lepiej napisana :: Chyba jeszcze nad żadnym rozdziałem się tyle nie meczyłam, spędziłam nad tym kilka dobrych godzin, a wyszło właściwie nic. Zapraszam do czytania ;;

~~~

          Twarz o oliwkowej cerze, błyszczące brązowe oczy, orli, ostro zakończony nos i zawsze uśmiechnięte usta. Twarz jego kolegi. Tego, z którym spędzał dotychczas najwięcej czasu.
-Przyszedłem Al, bo za chwilę zaczną się zajęcia, a ciebie nadal nie ma! - Stał przed nim Brice, uśmiechnięty od ucha do ucha, jakby nigdy nic.
          Potter stał nieruchomo, a jego usta przybrały kształt wyraźnego "o".
-Wszystko w porządku? - Brice przyjrzał się koledze.
          Żadnej reakcji. Albus nadal stał bez ruchu, sam zaczął się zastanawiać czy w ogóle jeszcze oddycha. O co tu chodzi? Z pewnością osoba, która teraz przed nim stoi, była tą, która jeszcze przed chwilą gorączkowo przeszukiwała Pokój Wspólny. Ale to Brice. Wszedł tu jakby nigdy nic, upomnieć, że zaraz Albus spóźni się na zajęcia. Cholera.
          Serce nadal biło mu bardzo szybko, powoli oderwał wzrok od stojącego przed nim bruneta. Kiwnął, by ruszyli, luzując krawat z spoconej szyji.
          Już na zajęciach pierwszego dnia nie był w stanie skupić się na niczym. Jedyne co do niego po tych lekcjach dotarło, to przedstawianie się profesorów, choć to chyba najmniej ważne. W jego głowie kłebiło się tysiące pytań. Już nawet zapomniał o tym, jak bardzo jego brat jest na niego zły i ile sprawił ludziom zawodu wybierając Slytherin.
          Wracając do dormitorium zobaczył roześmianą Rose, idącą wraz z jakimś Gryfonem. To ten, z którym siedziała dziś rano na uczcie. Mógł to być on na jego miejscu, gdyby tylko powiedział "Wybieram Gryffindor". Chyba nigdy sobie tego nie wybaczy.
          Przez całą resztę dnia leżał na swoim łóżku i myślał. Nad wszystkim. Nad dziennikiem, który znalazł w Pokoju Wspólnym Slytherinu, nad swoim bratem, nad tym co mógłby wtedy, pod tą głupią czapką powiedzieć, by teraz móc śmiać się razem z Rose w Pokoju Lwa, nad tym, czy reszta rodziny zaakceptuje jego decyzję, ale przedewszystkim, co jego najlepszy przyjaciel ma wspólnego z tym całym Tom'em Crabbem. Dobrze wiedział, że rozpowszechnione po całym świecie czarodziejów słowa "Hogwart jest najbezpieczniejszym miejscem na świecie" już dawno nie są aktualne... Na takich rozmyśleniach przeminęło kilka godzin, aż zapadła noc.
          Zdał sobie z tego sprawę dopiero w momencie, kiedy usłyszał głośne chrapanie Lucasa. Opornie podniósł się z łóżka i ruszył się przebrać. Wychodząc rzucił okiem na wszystkie łóżka. Każdy już spał z wyjątkiem Malfoy'a. Tak przynajmniej mu się wydawało, bo zza zasłoniętej kotary zamiast chrapania, jedynie widać było blask woskowej świecy.
          Kiedy wrócił usłyszał ciche równomierne stukanie w szybę, zignorował to. Smuga światła znad łóżka Malfoy'a zgasła.
-A może wcale go tam nie ma. - Szepnął do siebie z ironicznym uśmieszkiem. Była to jedynie wścibska uwaga, ze względu na historię ich dwóch rodzin. Sam się niepoznawał, ale pewnie to wszystko przez zły dzień.
          Brązowowłosy chłopiec szybko wskoczył pod zagrzaną kołdrę. Leżał już tak może z godzine i coś nie dawało mu spać. Wiedział, że to nie tylko nadal kłębiące się myśli w jego głowie. Wstał i podszedł do małego okna, za którym chuczał jesienny wiatr.
          Zrobiło mu się głupio, kiedy zobaczył za szybą w tym zimnie swoją sowę Huncwota, stukającego lekko w szybę. Szybko otworzył okno, a młody puchacz wskoczył na jego ramię, wyciągając swoją drobną, zmarzniętą nóżkę, do której był przywiązany świstek pergaminu, owinięty drobną czerwoną wstążką, zawiązaną w kształt serca.
          "Mama..." - Mruknął szczęśliwy, że nikt tego nie widzi.
          "Drogi synku!
Neville zaraz po Ceremonii nam o tym powiedział. Nic się nie przejmuj, jesteśmy bardzo z Ciebie dumni! Slytherin zyskał na prawdę wspaniałego czarodzieja! Slytherin, dom jak każdy inny na swój sposób wspaniały, przynieś mu chlubę i ucz się pilnie. A jak tam u Jamesa i Rose? Bądź dzielny!
                                                                                                     Mama
PS. Bardzo Cię z tatą kochamy!"
          

          Po przeczytaniu tego listu zrobiło mu się nieco lżej na sercu. Nie są źli... Jednak trochę się zawiódł, że to nie tata do niego napisał. Postanowił, że nie odpisze na pytanie "jak tam u Jamesa i Rose". Pewnie i tak było retoryczne, napisane tylko z grzeczności. Odłożył list do nocnej półki i wyjął znaleziony dziennik, wsadzając pod poduszkę. Zgasił świecę przy łóżku, zasłonił kotary i zasnął trzymając kurczowo dziennik pod poduszką. 
          Obudził się zalany potem. Podniósł się, dysząc ciężko. Śniło mu się, że śpi (BOŻE JAK TO PRZEZABAWNIE BRZMI XDD), otwiera powoli zaspane oczy i widzi otwierające się zielone kotary na tle ciemności, za którymi stoi Scorpius z zakrwawionym nożem i wrednym uśmieszkiem.
          Uznał, że to bardzo dziecinny sen, ale... ale coś znów nie dawało mu zasnąć. Minęła może godzina, może dwie, a Albus nadal leżał jak leżał. Za oknem coraz głośniej dudniał deszcz. Chciał sprawdzić, która godzina, ale bał się rozsunąć kotary. Kolejny dowód na to, że jest zbyt wielkim tchórzem by trafić do Gryffindoru. Sam był na siebie zły. Więc leżał dalej, nie odważywszy się zamknąć oczu wpatrywał się w zieleń kotary. Kochał ten kolor, to było jasne, ale przecież nie trafia się do domu ze względu na ulubiony kolor. Chyba nigdy sobie nie odpuści, że nie jest w Gryffindorze, razem ze swoją kuzynką i bratem, i gdzie pewnie za dwa lata trafi jego siostra i kuzyn. 
          Kiedy oczy zaczęły robić się cięższe i zaczynały go szczypać, usłyszał szelest odsuwanej kotary. Jego oczy momentalnie się rozszerzyły, a serce zaczęło szybciej bić. Potem słychać było jak ktoś szura nogami po podłodze, w poszukiwaniu kapci. Łóżko lekko zaskrzypiało, kiedy ciężar ustąpił. Albus przemyślał skąd dochodzą dźwięki. Jego łóżko znajduje się po środku, a dźwięki ewidentnie dochodzą z prawej strony. Po prawej łóżka mają Lucas i... i Scorpius. Jego oczy zrobiły się jeszcze większe, a serce jakby skoczyło mu do gardła. Delikatnie wyjżał zza kotary, wstrzymując powietrze. Miał rację, to bladoskóry chłopiec podążał cicho w stronę wyjścia. Drzwi dormitorium otworzyły się i chłopiec owinięty błyszczącym zielonym szlafrokiem, zszedł delikatnie po schodach. W sumie pewnie szedł tylko do toalety... Ale szósty zmysł Albusa, jak zwykle zdecydował za niego.
-Malfoy'e. - Burknął zły, szukając po zimnej posadzce nogą kapci.
          Śledził blondyna, aż do siódmego piętra. Tam chłopiec się zatrzymał, wpatrując dłuższą chwilę w ścianę. Albus, którego grzywka zawsze musiała być w stanie idealnym, nawet po wyjściu z łóżka w środku nocy, już chciał wracać, gdy nagle zza posągu, za którym się ukrywał, zobaczył, że wzdłuż ściany pojawiły się ogromne drzwi wykonane z ciężkiej miedzi. Malfoy pociągnął za klamkę, a drzwi opornie ruszyły. Już go nie było. Drzwi stopniowo zaczęły znikać.
          "Iść, czy nie iść, iść, czy nie iść...". Zniknęły. Już za późno.
          "Tchórz". Skarcił się w duchu. Kolejny powód dla którego zamiast każdego ranka ubierać złoto szkarłatny krawat, ubiera zielono srebrny. Ruszył posępnie z powrotem do dormitorium, z myślą, że zaczeka na Scorpiusa w łóżku. (Nie wiedziałam jak to inaczej nazwać ;; ~dop. aut)

          Jednak kiedy wszedł pod ciepłą kołdrę, zmęczenie wzięło górą i momentalnie zasnął.
          Rano Malfoy'a już nie było.
-Super... - Mruknął pod nosem. Reszta współlokatorów jeszcze spała. - A może wcale nawet nie wrócił? - To była raczej wredna uwaga.
          W sumie, dlaczego tak bardzo czuje niechęć do Malfoy'a? Zawsze był tolerancyjnym i miłym dla wszystkich, bez względu na to czym się interesowali, czy byli czarodziejami, czy mugolami, a już na pewno nie osądzał nikogo po nazwisku czy rodzinie. Wiele słyszał złych rzeczy o rodzinie Malfoy'ów od wujka i praktycznie każdego innego, kogo znał, ale zawsze jedyne co czuł, to żal. Żal, że Scorpius musi żyć w takiej rodzinie. Skąd taka nagła zmiana? Czy to przez słowa jego brata ,,Chcesz się zaprzyjaźnić z Malfoy'em, tak?!" On tylko siedzi i czyta książki, nawet z nikim nie rozmawia, więc jakim prawem Albus zaczął go tak nienawidzić? Może to już wrodzone... Takie wymówki są zwyczajnie żałosne. Przez te ostatnie kilka dni miał taki mętlik w głowie, że miał już wszystkiego dość.
          Przebrał się szybko i wziął potrzebne na dziś książki, a pomiędzy nimi także dziennik Toma. Postanowił jeszcze przed zajęciami zwiedzić szkolną bibliotekę, w końcu i tak nie miał nic innego do roboty. Idąc aż na piąte piętro, rozmyślał o dzienniku Gryfona. Czy może w bibliotece znajdzie się coś o Zakazanym Lesie? Wiedział o nim tylko tyle, że to ogromny las, i pod względem wielkości, i wysokości, położony na terenie Hogwartu i lepiej trzymać się od niego daleko. Choć od zawsze wychowywał się w rodzinie czarodziejskiej, mało starano się mówić o Hogwarcie, poznawanie jego uroków, miało być pewnego typu tajemnicą. Tajemnice... Na samą myśl o tym słowie Albusowi robiło się niedobrze.
          Trochę czasu zajęło, zanim znalazł się na właściwym piętrze. Wszedł do ogromnej sali, z wieloma rzędami regałów i półek, na których znajdowały się dziesiątki tysięcy książek i ksiąg, w starych, skórzanych okładkach. Po prawej stronie stało biurko, przy którym siedziała bibliotekarka, pani Pince w okularach, bardzo szybko coś pisząc. Na końcu sali stało kilkanaście stołów, stanowiących czytelnię. Zajęte były zaledwie dwa, może to przez tak szybką porę. Jednak to, co przyciągnęło najwiekszą uwagę Albusa, było zamknięte na kłódkę pomieszczenie. Zwrócił się w stronę mrocznego działu. Jednak na jego drodze nagle stanęła pani Pince.
-A dokąd to się wybierasz? - Spojrzała srogo znad okularów, z rękami na biodrach.
-Ja... Chciałem tylko... - Czy to coś złego, że chciał tylko iść zobaczyć książki?

-...iść do Działu Ksiąg Zakazanych, co? - Dokończyła za niego, a jej brew skoczyła badawczo w górę.
          "Działu, co?" 

          Nie czekając na wyjaśnienia, wypchała chłopca z biblioteki.
-Mh, świetnie... - Mruknął pod nosem. I tak już zbliżał się czas uczty. Ruszył powoli w stronę Wielkiej Sali.
-Siemka Al! - Brice już tam czekał. Poza nim, niewiele osób już tam przyszło. Przy każdym stole siedziało nie więcej niż dziesięciu uczniów. W większości byli to pierwszoroczniacy, którym jeszcze z początkiem roku zależało na punktualności. Przy stole nauczycieli też nie było jakoś specjalnie "gęsto". Nauczyciel transmutacji, obrony przed czarną magią, zielarstwa i to by było na tyle.
-Cześć. - Albus w nocy wszystko przemyślał i uznał, że póki nic nie wie, nie należy bezpodstawnie osądzać swojego przyjaciela. Na razie postara się po prostu zapomnieć o związku Brice'a z tajemniczym Gryfonem. - Czym dzisiaj zaczynamy?



* * *


          Ostatnie zajęcia tego dnia to historia magii, która miała się odbyć z Gryfonami. Albus był już zmęczony, po całym dniu, jak i tygodniu. Na szczęście zbliżał się już weekend. Zanim dostał się do Hogwartu, jedenaście lat spędził w domu. Dla każdego młodego czarodzieja wychowującego się w rodzinie czystej krwi lub często też półkrwi, takie coś jak "byle do weekendu" nie istnieje. Rodzice nie wysyłają ich do żłobków, przedszkoli, nie każą uczyć się w podstawówkach czy gimnazjach. Dlatego Hogwart jest dla nich tak upragnionym miejscem już od najmłodszych lat, szanują go i traktują jak dom, czekają na niego całe jedenaście długich lat. Teraz Albus trochę rozumiał, co miał James na myśli często powtarzając "szkoła to zło i niczego pożytecznego nie uczy" , choć do końca się z tym nie zgadzał. Osobiście lubiał się uczyć i przychodziło mu to z łatwością. Przed przyjazdem do szkoły przestudiował już nawet kilka ksiąg, ale nigdy nie przesadzał, jak Rose, która przed skończeniem 10 lat posiadała już wiedzę teoretyczną którą niektórzy zdobywają dopiero po skończeniu edukacji w Hogwarcie!
          Ruszył pospiesznym krokiem w stronę sali, w której miały się odbyć jedne z nielicznych zajęć z Gryfonami. Stwierdził, że trzeba to wykorzystać i zaproponować Rose wspólne siedzenie w ławce. Stanął w tłumie czekającym na nauczyciela przed mosiężnymi drzwiami klasy. Wypatrywał rudowłosej dziewczyny, ale nigdzie jej nie widział.
-Proszę wejść do sali i w ciszy zająć swoje miejsca! - Wśród tłumu rozdarł się potężny głos nauczyciela, a raczej... ducha, z którym właśnie miały się odbyć zajęcia. Kiedy Albusowi, jako jednemu z ostatnich udało się wepchnąć do klasy, było już za późno. Rose zajęła już swoje miejsce, a tuż obok...
          "Zaś ten Gryfon... Jak mogła..." - Pomyślał ponuro zmierzając w stronę ostatniego wolnego miejsca w klasie. W sumie... dlaczego ją oskarża? Gdyby trafił do Gryffindoru, siedziałby z nią na każdej lekcji. Zajęcia prowadzone przez ducha minęły jeszcze nudniej niż pozostałe. Albus co chwilę czuł, że odpływa. Zresztą nie tylko on, Brice przespał conajmniej połowę zajęć, podobnie jak Mike z Ravu, który chwilami nawet zaczynał pochrapywać. Profesor jednak niewiele sobie z tego robił i kontynuował swój nużący wykład. Pod koniec lekcji nawet Rose wydawała się już lekko podirytowana.
          Wieczorem czuł się padnięty, ale robił wszystko, by tylko nie zasnąć przed powtórnym wyjściem młodego Malfoy'a. Był prawie pewien, że tej nocy bladowłosy chłopiec także wybierze się na tą "przechadzkę". Jego srebrny zegarek, który otrzymał w prezencie od wujka Rona na dziewiąte urodziny właśnie wskazał północ. Do jego głowy zaczęło przybywać coraz więcej myśli. Może Scorpius już wyszedł, a Albus nawet nie usłyszał? A może czeka tuż za jego kotarą, aż wyjdzie by znów go śledzić? Kiedy z każdą sekundą w jego głowie rodziło się kilka nowych pomysłów, usłyszał dokładnie ten dźwięk, co poprzedniej nocy. Dźwięk odsuwanej kotary. Dalej wszystko potoczyło się dokładnie tak samo. Szukanie kapci, skrzypienie podłogi pod ciężarem ciała kierującego się w stronę wyjścia, powoli otwierane drzwi i wreszcie coraz cichsze kroki po schodach. 

           Albus przyłapał się, że obgryza paznokcie, co mu się jeszcze nigdy nie zdarzyło, to chyba z tego całego stresu. Szybko nałożył na siebie szmaragdowy szlafrok, wyciągnął dziennik spod poduszki i podążył śladami blondyna.
          Z początku nie potrafił go odnaleźć, ale kiedy odtworzył wczorajszą trasę, odnalazł go już na siódmym piętrze. Wszystko odbywało się tak jak wczorajszej nocy. Stał przyglądając się ścianie. Korytarz rozświetlały jedynie pochodnie, ułożone w dość dużych odstępach.
          Powoli wyłaniające się mosiężne drzwi... "Dziś nie stchórzysz"... Malfoy naciskający na klamkę... "No dalej...!" Cichy trzask zatrzasnietych drzwi. "Za późno... Idiota!"

~~~

Więc to już koniec III rozdziału, mam nadzieję, że Wam się spodobał i dziękuję wszystkim za komentarze! <3 
Następny rozdział przewidywany jest za tydzień i UWAGA zacznie sie akcja "Al-Scorpius"! Wiec nie zapomnijcie zajrzeć! ;)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział II


Hej ~~ :) Zanim co kolwiek przeczytacie, informuję, że wprowadziłam mała zmianę w fabule - Uczniowie przyjeżdżają do Hogwartu już w południe i mają cały dzień wolny ;) Tak to dziwnie napisałam i ciężko mi było wszystko później pozmieniać... ;; zapraszam do czytania i komentowania ;; 

~~~

-Slytherin?! Sly-the-rin?! - Ron nie popuszczał zdenerwowania. - W naszej całej rodzinie razem wziętej nie było ani jednego Ślizgona! Ani jednego!
-Ron uspokój się! - Krzyknął Harry.
-Ale jak to w ogóle...?!
-RON! - Przerwała mu Hermiona srogim spojrzeniem. - Daj w końcu Harry'emu dojść do słowa!
-Mnie też Tiara Przydziału chciała przydzielić do Slytherinu... - Zaczął Harry.
-Ale nie przydzieliła. - Fuknął Ron ze złością w jego stronę, znów mu przerywając.
-Slytherin to też dom, jak każdy inny! - Wtrąciła się Ginny.
-Harry, czy ty nie rozumiesz - Ron zlekceważył siostrę. - Że on będzie w dormitorium z Malfoy'em?! MALFOY'EM!!! Rozumiesz to?! To tak jakbyśmy my sobie przez siedem lat mieszkali w pokoju z Draco, JEGO OJCEM!
-Skąd możesz wiedzieć jaki jest jego syn? Może Scorpius jest całkiem inny? Nie oceniajmy nikogo po nazwisku. - Rzekła rozsądnie Hermiona.
-Nie obchodzi mnie jaki jest jego...
-Dość! - Krzyknęła Ginny. - To nasz syn, a nam to ani trochę nie przeszkadza! Poza tym, nawet jeżelibyśmy chcieli, już nic nie zmienimy...

* * *

          -Slytherin?! Na głowę upadłeś?! W naszej rodzinie nie ma ani jednego Ślizgona! A-ni je-dne-go Śli-zgo-na!!! - Przesylabował James, zaczepiając brata na korytarzu. - Chcesz się zaprzyjaźnić z Malfoy'em, tak?! - Krzyknął i odszedł szybkim krokiem cały czerwony ze złości.
-James zaczekaj! - Zawołał za nim Albus, ale ten nie zareagował. Przemyślał czy za nim nie pobiec, ale zrezygnował z tego, z obawy przed zgubieniem się pierwszego dnia w szkole.
          Wszyscy byli na niego źli, tak jakby to była jego wina i jego wybór. W sumie... To trochę był jego wybór, ale on sam przeżywał teraz trudne chwile i potrzebował wsparcia, a nie jeszcze większego dobijania. 
          Skulił się przy ścianie odchylając głowę do tyłu, zamknął oczy i starał się na chwilę przestać myśleć. O wszystkim. Marzył, by w jego głowie nie znajdowało się nic, poza nieskończoną nicością.
          -Tu jesteś Albus! - To była profesor Fille - młoda opiekunka Slytherinu i nauczycielka obrony przed czarną magią. - Tu masz rozkład zajęć na ten rok szkolny, a tu nazwiska nauczycieli prowadzących zajęcia. - Powiedziała wręczając mu dwa świstki pergaminu. - Na Wielkiej Sali panowało dziś małe zamieszanie i z tego wszystkiego zapomniałam rozdać Wam je podczas uczty. - Zachichotała nerwowo. - Oh, no i jeszcze hasło... Snake.
          Albus potrzebował kilku sekund, by dotarło do niego, o co chodziło opiekunce. Spojrzał na jedną z kartek.
          ,,Transmutacja - Minerwa Mcgonagall
Obrona przed czarną magią - Amanda Fille
Zaklęcia - Filius Flitwick
Eliksiry - Johny Refly
Historia magii - Cuthbert Binns 
Zielarstwo - Neville Longbottom
Opieka nad magicznymi stworzeniami - Rubeus Hagrid
Mugoloznastwo - Johana Next
Latanie - Rolanda Hooch"
          -Z tego co widzę, w tym roku nie mamy astronomii, numerologii, starożytnych run, ani wróżbiarstwa. - To była Rose, wpatrująca się w kartkę kuzyna zza jego ramienia z uśmiechem. - Szkoda. - Dodała z zawiedzeniem.
-Rose! - Ucieszył się Al.
-Dasz się wyrwać na spacer po błoniach? - Powiedziała z zadziornym uśmiechem.
-Jasne!
          -To trochę smutne... Byłem nastawiony, że te siedem lat spędzimy razem, no i w ogóle... - Powiedział Albus wpatrując się w mokrą trawę pod ich butami.
-Al, Przecież to nic nie zmienia, że jesteś w Slytherinie!
-Właśnie, że zmienia. - Stwierdził cicho.
          Rose nie odpowiedziała. Chłopak wiedział, że uważa podobnie jak on, ale nie chciała go jeszcze bardziej dobijać. Widziała, że jest wystarczająco zdołowany z powodu, że nie znalazł się w domu lwa.
          Pogoda była zmienna, jak chyba w każdym wrześniu. Niebo było zachmurzone ciemnymi chmurami, a trawa moczyła buty. Albus uwielbiał takie smutne pogody, chociaż dziś, już nic nie sprawiało mu zadowolenia.
          -Albus! - Kuzyni odwrócili się i zobaczyli zmierzającego w ich stronę szybkim krokiem Brice'a - chłopca, który jechał z nimi pociągiem.
-Ja już pójdę... Do zobaczenia wkrótce. - Rose uśmiechnęła się i mrugnęła do kuzyna. - Powodzenia! - Szepnęła.
Albus odprowadził ją wzrokiem.
-Cześć Brice. - Rzucił obojętnie w stronę chłopaka, kiedy kuzynka zniknęła za murem.
-Nie wiem czy zauważyłeś, ale też jestem w Slytherinie! - Faktycznie, wcześniej Albus tego nie zauważył, ale nie chciał być niemiły pomimo tego, że był dziś w nie najlepszym nastroju. Ba! Nienajlepszym? To z pewnością zbyt mało powiedziane. Tego dnia byłby w stanie zabić górskiego trola, nie mając przy sobie różdżki!
-Oczywiście, że zauważyłem. - Uśmiechnął się do chłopaka.
-Nie byłeś jeszcze w dormitorium... Profesor Fille tam na nas czeka, kazała mi cię znaleźć i przyprowadzić... Chodź. - Pociągnął kolegę za rękaw szaty, chłopiec ruszył posłusznie.
*          *          * 
           Albus starał się dotrzymać kroku Brice'owi. Szybko znaleźli się w podziemiach. Korytarz rozświetlało jedynie kilka pochodni rozmieszczonych wzdłuż ściany i cały czas miało się poczucie wilgoci i chłodu. Wejście do Pokoju Wspólnego znajdowało się za marmurowym posągiem wysokiego czarodzieja z wrogim wyrazem twarzy. 
-Snake. - Brice wypowiedział hasło z podekscytowaniem w oczach. Posąg zrobił krok w przód i dwa w prawo, przez co Albus stracił chwilowo równowagę, po czym w ścianie ukazał się duży otwór. 
          Zanim brązowowłosy chłopiec, prowadzony przez swojego kolegę po raz pierwszy wszedł do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, musiał pokonać jeszcze kilka schodów w dół. 
          Kiedy już tam weszli, Albusowi wyrwało się z ust głośne "wow". Na jednej ścianie był kominek, który był jedynym, choć mało efektownym źródłem ciepła w tym pomieszczeniu. Lecz to nie to było źródłem ekscytacji chłopca. Przez całą długość drugiej ściany rozciągało się ogromne okno. Po drugiej stronie okna znajdowało się hogwardzkie jezioro, po którym co chwila przepływało jakieś dziwne stworzenie. Trzeba było przyznać, że efekt był niesamowity.
          Albus się zorientował, że stoi już tak dłuższą chwilę z lekko rozszerzonymi ustami wpatrując się w to, co znajdowało się po drugiej stronie okna.
-T-to gdzie teraz? - Zająkał się lekko, spojrzawszy na kolegę.
          Brice wskazał palcem na kolejny otwór w ścianie, po drugiej stronie pokoju. Za nim musieli pokonać kolejne kilkanaście schodów w dół, by w końcu znaleźć się w okrągłym dormitorium,
          -Nareszcie jesteś. - Powiedziała opiekunka Ślizgonów. - Dziś takie... małe zamieszanie. - Znów ten sztuczny, nerwowy chichot. - To będzie twoje łóżko. Rozpakuj się. - Powiedziała wskazując na łóżko pośrodku. Widocznie czekała na niego tylko po to, by przydzielić mu jedyne wolne łóżko...
          -To Steeve, Scorpius i Lucas. - Przedstawił wszystkich po kolei Brice, kiedy profesor Fille wyszła. Nadal był pełen entuzjazmu.
-Super. - Odrzekł ponuro Albus. James zepsuł mu humor na cały jego pierwszy dzień w Hogwarcie.
          W pierwszej kolejności przebrał kompletnie przemoczone buty i rozejrzał się po dormitorium. Pomieszczenie było okrągłe, a lóżka były ułożone w równych odstępach od jednej strony drzwi, aż ostatnie było po drugiej stronie. 
          Westchnął głośno i wziął się za pisanie listu.
          "Drodzy rodzice!
W Hogwarcie jest super! Mam fajnych kolegów w dormitorium, ale... Tiara Przydziału przydzieliła mnie do Slytherinu. Proszę nie bądźcie źli.
Przepraszam, że tak krótko, 

                                                                         Albus"
          Chłopak poszedł do sowiarni, gdzie już zadomowiła się jego sowa, i przywołał ją gwizdem. Huncwot - bo tak ją nazwał, przyleciał natychmiast. Przywiązał mu do nóżki list i wypuścił przez okno.
          -Ali! Wstawaj! Uczta już się zaczyna! - Syn Harry'ego zaraz po otworzeniu zaspanych oczu zobaczył wiszącego nad jego twarzą Brice'a. 
-Nienawidzę, jak się tak na mnie mówi. Jestem Al. - Chłopiec powoli się zastanawiał czy jego kolega zaczyna go wkurzać, czy irytować. A jednak był mu wdzięczny za pobudkę, ponieważ nie chciał się już spóźnić pierwszego dnia nauki. 
          Poza ich dwójką w dormitorium nie było już nikogo. Szybko włożył na siebie mundurek i zbiegł po schodach, zawiązując jeszcze krawat. 
          -Zaczynamy eliksirami, potem dwie godziny transmutacji i dwie godziny latania, i... koniec! - Czytał Brice z pełną buzią z wygniecionego skrawku pergaminu, kiedy zajęli z Albusem miejsca przy stole węża. Albus ledwo co go słuchał i coraz bardziej był zmęczony gadatliwością i nadmierną ekscytacją z wszystkiego kolegi. 
-Przypomniało mi się, że zapomniałem książek w dormitorium. Spotkamy się na zajęciach. - Potter wziął na drogę dwie grzanki z dżemem. Wychodząc zobaczył kątem oka Rose śmiejącą się z chłopakiem z Gryffindoru. Zrobiło mu się trochę smutno, że nie może pośmiać się z nimi przy czerwono-złotym stole. 
          Wszedł do pustego Pokoju Wspólnego. Kiedy kierował się już na schody w dół, prowadzące do męskiego dormitorium, jego uwagę przykół zeszyt leżący na jednym z foteli. Coś go ciągnęło, żeby zobaczyć co to za zeszyt. Podszedł i przeczytał cichym głosem 'Tom Crabbe, Notatnik'. 
          Zamyślił się na chwilę, skąś znał już to nazwisko. Wydawało mu się, że przypłynął do Hogwartu łódką, czyli także był pierwszorocznym. Tiara chyba przydzieliła go do Gryffindoru... Tak się mu przynajmniej wydawało. W takim razie, co u licha robił ten notatnik w Pokoju Ślizgonów?! A może jednak został przydzielony do domu Węża? Wiedział, że nie powinien, ale... Coś go podkusiło, żeby go otworzyć. 
          "1 wrzesień
Rodzice chcą bym jak najszybciej odnalazł TO miejsce w Zakazanym Lesie. Na początku troche przerażała mnie ta myśl, ale teraz wiem, że dzieki temu staniemy się niezwyciężeni! Urok na Tiare podziałał - jestem w tym plugawym domie Lwa... Jakoś będę musiał wytrzymać... Zanim zacznę działać muszę zainteresować sobą, tą plugawą Gryfonkę, ona mi pomo..."
           Więcej nie zdąrzył przeczytać, bo słyszał, że ktoś się zbliża. Zabrał zeszyt i szybko zbiegł do dormitorium. Schował go na samo dno kufra. Ktoś głośno i desperacko poszukiwał czegoś w Pokoju Wspólnym, Albus był prawie pewien, że musi to być osoba, która wcześniej pozostawiła tu notatnik Gryfona, który teraz spoczywał na dnie jego kufra. Osoba ta, zaczęła kierować się w dół schodów prowadzących do dormitorium, gdzie właśnie znajdywał się chłopiec wstrzymujący oddech. 
          Albus zdawał sobie sprawę, że nie dzieli ich więcej jak piętnaście schodów i zaraz cała tajemnica się wyjaśni, kiedy osoba wyjdzie zza korytarza. Strasznie się bał. Pewnie dlatego Tiara nie chciała go umieścić w Gryffindorze, jest zbyt wielkim tchórzem. Odrzucił na razie od siebie te myśli i skupił się na tym, co za chwilę nieubłagalnie się wydarzy.
          Czas dłużył się w nieskończoność, każdy ułamek sekundy zdawał się ciągnąć godzinami. Już wyłonił się czarny but, ze skrawkiem czarnej szaty, a za nim reszta ciała, niedokładnie dopięta szata, szmaragdowo-zielony krawat, a na końcu twarz. Twarz, którą znał doskonale.

~~~

Koniec ;; Akcja zaczyna się powoli rozwiajać ;d

czwartek, 4 września 2014

Rozdział I


-Albus! No pośpiesz się! Przez Ciebie nie zdążymy na pociąg! - Krzyczał James na brata pakując swoje bagaże do auta.
-Już idę... Tylko wezmę sowę. - Odpowiedział zaspany ciągnąc kufer w stronę bagażnika. - Już jestem.
-Wszystko macie? - Spytał tata siadając za kierownicą i uśmiechając się w stronę trójki swoich dzieci siedzących na tylnich siedzeniach.
-Chyba. - Odparł starszy brat.
          Zauważył, że Albus jest przerażony i postanowił to wykorzystać.
-Wiesz, że możesz trafić do Slytherinu...? - Szepnął tak, by nie usłyszeli go rodzice. James wiedział, że to niemożliwe, ale chciał trochę nastraszyć brata.
-A co to za różnica?
-No wiesz... Niby żadna, ale każdy nasz przodek wywodzi się z Gryffindoru, KAŻDY, łącząc obie nasze rodziny, Potterów i Weasley'ów.  A ze Slytherinu wywodzą się sami źli czarodzieje... Na przykład Malfoy'e, Sam-Wiesz-Kto i jego zwolennicy... To on prawie zamordował nam ojca! I zabił naszych dziadków!
          Chłopak nie odpowiedział, tylko odwrócił głowę w stronę okna i zagłębił się w swoich myślach, jak to zwykle robił, gdy miał jakiś problem. Co jeśli James ma rację?
          -Jesteśmy na miejscu. Witajcie w Londynie. - Oznajmiła mama jakieś dwadzieścia minut później.
          Doszli z kuframi pomiędzy perony 9 i 10. James od razu wbiegł w mur i pobiegł w poszukiwaniu swoich kolegów. Następna poszła Ginny z Lily.
-Tato. - Zatrzymał Al Harry'ego.
-Tak synku? - Spojrzał w stronę syna.
-Co jeśli trafię do Slytherinu?
-Albusie, Severusie Potter. Nosisz imiona po dwóch dyrektorach Hogwartu. Jeden z nich był w Slyherinie, a nie znałem dzielniejszego czarodzieja.
-Dzięki tato. - Uśmiechnął się, udając, że ojciec mu pomógł, będąc nadal pełnym wątpliwości. Harry zauważył, że nadal coś jest nie tak, znał chłopca nie od dziś, ale stwierdził, że kiedy Tiara przydzieli go do Gryffindoru, to samo rozwieje jego wątpliwości.
          -Już są! - Rzekła Hermiona do Rona i dzieci, kiwając rodzince Potterów.
-Witajcie! - Powiedział Harry do Miony i Rona, po czym zwrócił się do dzieci. - Cześć Hugo, siemka Rose!
-Dzień dobry wujku! - Odpowiedziały prawie jednocześnie dzieci.
-My też chcemy już jechać do Hogwartu, prawda Hugo? - Rzekła obrażona Lily, a chłopiec potwierdzająco kiwnął głową.
-Wy za rok! - Odparła ze śmiechem Hermiona.
          Rozmowy przerwał im gwizdek pociągu, dający sygnał, że trzeba ruszać. Rodzina szybko zaczęła szukać Jamesa.
-Tu jesteś! James, jesteś już na trzecim roku! Ucz się pilnie i nie rozrabiaj tyle! Zajmuj się bratem. I usiądź z nim w przedziale, żeby czuł się pewniej! Słyszysz? James, czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - Wrzeszczała Ginny przekrzykując tłum ludzi.
-Jasne mamo! - Odpowiedział, choć zdawało się, że nie słuchał w ogóle mamy i nie ma pojęcia o czym przed chwilą mówiła. Albus dobrze wiedział, że choćby nie wiem co, James nie usiądzie z nim w pociągu.

*     *     * 

           -Dzień dobry kochaneczki. Może coś z wózka? - Podjechała sprzedawczyni do przedziału, w którym siedzieli Albus, Rose i nieznajomy chłopak.
-Ja po proszę trzy czekoladowe żaby, sok dyniowy, cztery paszteciki i trzy paczki "Fasolek wszystkich smaków". - Zerwał się natychmiast Albus. Kiedy Rose to usłyszała wywinęła oczami w górę.
-To będzie 26 sykli i 3 knuty.
-A ja poproszę trzy lukrowe pałeczki i wodę. - Spojrzała Rose znad książki.
-7 sykli. - Rzekła sprzedawczyni. - A dla ciebie? - Zwróciła się do chłopca wpatrującego się w okno.
-Ja... Dziękuję. - Stwierdził z niechęcią.
           Rose i Albus wymienili znaczące spojrzenia.
-Ja jestem Albus Potter. - Zwrócił się do chłopca, kiedy sprzedawczyni w wózkiem zamknęła z łoskotem drzwi przedziału. - A to moja kuzyna Rose Weasley, jesteśmy pierwszorocznymi. - Powiedział wyciągając paczkę "Fasolek wszystkich smaków" w stronę chłopca.
-Brice Foll. - Odparł nieco zawstydzony, wyciągając niesfornie kilka fasolek. - Też pierwszy raz do Howartu... - Dodał. - Em... Masz takie samo nazwisko jak Ginny Potter. To sławna graczka  (XD kurcze, za nic nie wiem czym zastąpić to slowo x.x. ~ dop. aut.) Quidditcha.
-Tak wiem. - Spojrzał za okno. - To moja mama.
          Chłopiec nie krył zachwytu. Wstał z wrażenia.
-Mówisz serio?! W zeszłym miesiącu wygrali mistrzostwa świata!
          Albus odpowiedział szerokim uśmiechem. Pierwszy raz ktoś nie zwrócił uwagę na jego ojca, co wywołało u niego jeszcze większy uśmiech. Dzięki temu poczuł, że już trochę polubił Brice'a.
-Macie jakieś rodzeństwo? - Chłopiec coraz bardziej się rozkręcał.
-Ja mam brata Jamesa, który jest teraz na trzecim roku w Gryffindorze... - Zaczął Albus.
-Oh! Czyli Ty też pewnie pójdziesz do Gryffindoru. A miałem nadzieję, że będziemy razem! Ja chyba będę w Slytherinie. - Przerwał mu.
-Nie wiem do jakiego domu trafię... - Zaczerwienił się młody Potter. - Mam też młodszą siostrę Lily. I odpowiem za Rose, bo ona nienawidzi, jak się jej przeszkadza w czytaniu. - Dziewczyna rzuciła na niego wściekłe spojrzenie.
-Mam młodszego o rok brata Hugo. - Powiedziała z tonem wyższości. - Dobra Al, musimy iść przebrać się w szaty. Za niedługo Hogwart. - Stwierdziła Rose, wstając od książki i ciągnąc za sobą kuzyna za nadgarstek.
          Już niecałą godzinę później stali na zapełnionej czarodziejami stacji w Hogsmeade.
-Hagrid! Cześć! - Zawołali Albus i Rose na widok olbrzymiej postaci wystającej z nad tłumu.
-Hej dzieciaki! Co u Harry'ego, Gin, Mionki i Rona? Holibka! Ostatni raz widziałem ich na Wielkanoc! Z pół roku temu! - Przytulił ich do siebie tak mocno, iż myśleli, że połamał im żebra.
-Wszystko w porządku. - Odpowiedziała wesoło Rose.

* * *
                             
          -Jak zapewne większość z Was wie, Hogwart założyła czwórka czarodzieji - Godryk Gryffindor, Rovena Ravenclaw, Helena Hufflepuff i Salazar Slytherin. Każdy z Was trafi do jednego z domów. - Mówiła to starsza kobieta opierająca się na długiej drewnianej lasce. Na głowie miała długą spiczastą tiarę. - Za chwilę wejdziecie do Wielkiej Sali parami, ale żebym ani pół słówka nie usłyszała! - Dodała srogo spoglądając spod okularów w stronę nowych uczniów.
          Wielka Sala była pięknie przystrojona, wszystko tak, jak opowiadali rodzice. Były tam cztery ogromne stoły, ciągnące się przez całą długość sali, a nad każdym z nich wisiała ogromna flaga w barwach domu. Albus zobaczył przy stole Gryfonów swojego zagadanego brata, popisującego się przed Gryfonkami i zajadającego się pysznościami Hogwardzkiej uczty. Wtedy zdał sobie sprawę, jak bardzo jest głodny.
-Ustawcie się w jednym szeregu. - Zadudniał głos tej samej, starszej czarownicy. - Będę po kolei wywoływać nazwiska, a wy będziecie siadać na tym stołku. - Wskazała na taboret stojący po środku podestu przed stołem profesorów.
           Albusowi aż zakręciło się w głowie na myśl, że wszyscy będą się na niego gapić... Najgorsze było to, że nie miał pojęcia jak przebiega ceremonia, ponieważ nikt nie chciał psuć mu niespodzianki. Zaczęło go dziwnie ściskać w żołądku... Rozejrzał się po innych pierwszoroczniakach. Wszyscy mieli przerażenie na twarzach, oprócz oczywiście Rose, wiadomo. Na tą myśl lekko uśmiechnął się w duchu
          -Ellie Bones! - Z zamyśleń oderwała go kobieta wywołującą jedną z pierwszorocznych. Widział, że jest strasznie przestraszona i powoli zmierza w stronę taboretu. Nałożono jej na głowę starą, spiczastą i ogromną , opadającą na całą jej twarz, tiarę czarodzieja.
          Wszyscy pierwszoroczni z zniecierpliwieniem czekali na to, co się teraz wydarzy. Dziewczynka na krześle trzęsła się ze strachu, więc Albus pomyślał, że też nie ma pojęcia o Ceremonii. Było mu jej trochę żal... Osobiście za nic w świecie nie chciałby być jako pierwszy.
          Nagle szef się rozerwał, a tiara wrzasnęła.
-HUFFLEPUFF!
          Dziewczynka na trzęsących się nogach zmierzyła w stronę stołu po lewej stronie, gdzie rozbrzmiewały gromkie wiwaty.
-Scorpius Malfoy! - Wyczytała z listy kolejną osobę.
-SLYTHERIN! - Wykrzyknęła tiara zanim zdążono ją nałożyć dokładnie na głowę chłopca o białych jak papier włosach.
Potem przyszedł czas na trzech krukonów, gryfona i puchona.
-Rose Weasley!
-Powodzenia! - Szepnął Al z lekkim uśmiechem, choć nie był pewny czy w ogóle go usłyszała.
-GRYFFINDOR! - Rose odetchnęła z ulgą i ruszyła w stronę stołu Gryfonów, gdzie rozbrzmiewały już gromkie wiwaty.
          Później był Mike Lose z Ravenclavu, Sindy, Kate i Loly z Huffu, Tom Crabbe z Gryffu i wiele innych osób, których Albus nie dał już rady zapamiętać.
-Albus Potter! - Na sali nagle stała się kompletna cisza. Chłopiec najwolniej jak tylko mógł, usiadł na stołku. Ostatnie co zobaczył to tysiące głow wychylających się by go zobaczyć. Tiara opadła mu aż do czubka nosa.
          -Chcę do Gryffindoru... Do Gryffindoru... - Szeptał cichutko.
          -Gryffindor? - Usłyszał głosik w swojej głowie. - Tak, tak... Z pewnością jesteś odważny, szlachetny i niezwykle honorowy, ale masz też w sobie bardzo cenione cechy charakteru typowego Ślizgona... Jesteś ambitny, zaradny... No i oczywiście niezwykle sprytny. Według mnie bardziej nadawałbyś się do Slytherinu, tak, jak zresztą Twój ojciec.
          "Mój ojciec także miał trafić do Slytherinu? Nigdy o tym nie wspominał..." - Pomyślał szybko.
          -Więc jak...? Zgadzasz się? Ostateczną decyzję pozostawiam tobie.
          Albus chciałby się jeszcze zastanowić, ale wiedział, że zabrał tiarze już zbyt dużo czasu.
-Zgoda. - Odpowiedział bez przekonania.
-SLYTHERIN!
         Ostatnie co zobaczył, zanim zmierzył w stronę stołu Ślizgonów, to jak jego bratu zrzedła mina, stał się wręcz biały jak papier, a widelec z łoskotem uderzył o stół. Tym razem na sali nie było wiwatów, na sali panowała grobowa cisza. Wszyscy byli tak zaskoczeni, tym co wypowiedziała tiara... Wszyscy. Cały stół Ślizgonów, Gryfonów... Cała Wielka Sala... Cały stół nauczycieli... WSZYSCY.

~~~
Noo to mamy pierwszy rozdział :') zachęcam do komentowania :^

środa, 3 września 2014

Prolog

-To już koniec. - Złowrogo uśmiechnął się chłopiec, celując różdżką w bezbronnego Albusa.
-Rose nie będzie zadowolona, jak się o tym dowie. - Powiedział Al, nie wiedząc już co robić.
-A co mi po Rose? - Prychnął sarkastycznie. - Była tylko... pomocą. Tak, użyłem jej do rozwiązania zagadki, to ona i jej wiedza mi pomogły. - Uśmiechnął się jeszcze szerzej. - To już koniec powtórzył ciszej, ale z pełną satysfakcją w głosie. - Było nie wtrącać nosa w nieswoje sprawy, ale już za późno. W sumie to nawet dobrze... Jednego Potter'a mniej! Ojciec będzie ze mnie dumny! - Teraz wybuchł psychopatycznym śmiechem.
- Wykorzystałeś ją! Wykorzystałeś Rose! Nie, to jeszcze nie koniec! - Był tak wściekły, że nie mógł się powstrzymać, zdał sobie jednak sprawę, że to co powiedział nie miało kompletnie sensu. Był sam. Bez różdżki. Bez kogokolwiek kto mógłby mu pomóc. Z celującym w niego wrogiem, chcącym go zabić, SUPER.